Czytam sobie właśnie Pierścień Krakena (oryg. Dwellers in the Mirage) Abrahama Merritta. Jest to jedna z pozycji wymienianych przez Garry'ego Gygaxa w słynnym Appendixie N, czyli liście książek, którą współtwórca D&D zestawił jako swoje główne źródła inspiracji. (Załącznik ten znajduje się w pierwszoedycyjnym Dungeon Master's Guide.) Czyli, jakby nie patrzyć, temat wiąże się z RPG.
Przyznam, że ani o tej książce, ani o jej autorze nic nie wiedziałem, kiedy wypożyczałem ją z biblioteki. Ot, punkt na liście, zobaczmy co to jest. Na okładce polskiego wydania półnaga pani w czarnej koronkowej czapce obściskuje koncerz wbity w ziemię, a w tle pali się ogień w kominku (nota bene grafika nie pasuje tu kompletnie ani treścią, ani klimatem). Pewnie jakieś dedekowe fantasy, co nie?...
Nic z tych rzeczy.

To jest stare dobre przedwojenne wierd fiction. Niektórzy powiedzieliby - "pulp". Dwóch wędrowców, Norweg Leif Langdon i Indianin Tsantawu wędrują po Alasce i znajdują zaginiony świat. A ściślej mówiąc, Krainę Cienia - ukrytą w głębokiej dolinie między górami, ogrzewanej gorącymi źródłami i osłoniętej pod grubą warstwą dwutlenku węgla tworzącej rodzaj lustra. Dolinę porasta prehistoryczny wilgotny las, zamieszkany przez rywalizujące ze sobą plemiona i groźne endemiczne zwierzęta.
Wędrowcy nie znaleźli się tu przypadkowo. Leif, przyjaźniący się z Indianinem od dzieciństwa, brał parę lat temu udział w wyprawie badawczej na pustyni Gobi. Zamieszkujący ją Ujgurowie uznali go wtedy za inkarnację ich bóstwa Khalk'ru i przeprowadzili go przez pewien straszliwy rytuał. Od tego czasu boryka się z nawiedzającymi go wizjami i coraz bardziej czuje w sobie czyjąś złowrogą obecność. W Krainie Cienia przyjdzie mu zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem.
Nie jestem nawet w połowie książki, ale już mogę wstępnie powiedzieć, co mi się tu podoba, a co nie. Na plus na pewno można zaliczyć język. Dużo tu ładnych, barwnych, choć nie przegadanych opisów. Czyta się to szybko i lekko. Tłumaczenie Anny Bańkowskiej jest póki co bardzo udane. Rozdziały są krótkie, rozwój akcji ma dobre tempo i ani na moment nie wieje nudą. Przygody są niezwykle egzotyczne, ale mimo wszystko dość wiarygodne. W porównaniu z taką np. Podróżą do wnętrza ziemi J. Verne'a (którą czytałem co prawda strasznie dawno) jest to o wiele lżejsza i łatwiejsza w odbiorze lektura.
Wkurza mnie główny bohater. Och, jaki jestem niezwykle silny i dobrze umięśniony. Mali Ludzie głaszczą mnie z podziwem po moich długich nordyckich blond włosach. Ten olbrzym niemal dorównywał mi wzrostem. Mam dar błyskawicznego uczenia się języków. I jeszcze celnie strzelam i świetnie znam się na geologii!... Ja wiem, że to takie czasy i taka konwencja, ale i tak nie mogę się powstrzymać od zgrzytania zębami.
Ogólnie rzecz biorąc lekka i wciągająca proza, z jakąś tam ciekawą (dla mnie) treścią.
No nic, tyle na dzisiaj. To miała być tylko taka mała zajawka. Do Pierścienia Krakena pewnie jeszcze tu wrócę. Chyba, że się wcześniej znudzę i rzucę książkę w kąt. Ale na to na razie się nie zanosi. Tymczasem!